O psychiatrii, psychologii i psychoterapii
Zacznijmy od wyjaśnienia terminów, które większości osób zlewają się zapewne w jedną całość. Słowa psychiatra i psycholog są często stosowane zamiennie, zupełnie nieprawidłowo, a z kolei psychoterapeutę często nazywa się, równie niesłusznie, psychologiem. Ustalmy więc, o czym dokładnie mówimy
Psychiatria – z greckiego oznacza tyle co “lekarz duszy/umysłu”. Jest to gałąź medycyny (to ważne) poświęcona badaniu, diagnozowaniu (bardzo ważne), leczeniu i zapobieganiu powstawania chorób umysłowych/zaburzeń psychicznych u ludzi. Zwracam szczególną uwagę na to, że psychiatria jest gałęzią medycyny – ponieważ jak zobaczycie z dalszej części wpisu, wpadła ona we wszystkie pułapki medycyny współczesnej, a w niektórych nawet celuje.
Psychologia – po grecku “nauka o duszy/umyśle”. Jest to nauka społeczna (to ważne, niektórzy lubią mówić “empiryczna”) zajmująca się badaniem mechanizmów i praw rządzących zachowaniami człowieka, jego interakcji z innymi osobami oraz “zjawiskami psychicznymi”. Psychologia sama z siebie nie zajmuje się terapią (chociaż wielu osobom, w tym też i psychologom, wydaje się, że jest inaczej), a raczej opisem i modelowaniem ludzkich zachowań i umysłu.
Psychoterapia – “leczenie duszy”. Psychoterapia nie jest nauką. Jest raczej zbiorem różnego rodzaju metod, systemów i technik stosowanych w celu poprawy zdrowia psychicznego klienta. W relacji terapeuta-klient nie postrzega się klienta jako osoby chorej, w związku z czym nie używa się słowa “pacjent”. Metod psychoterapii jest wiele, począwszy od stosunkowo dość prymitywnej psychoanalizy przez różnego rodzaju terapie bazujące głównie na rozmowach (behawioralna, poznawcza), terapie ruchowe (muzykoterapia, terapia tańcem), aż po pracę z ciałem (integracja posturalna, różnego rodzaju masaże) oraz hipnoterapię.
Ze wszystkimi tymi trzema dyscyplinami wiąże się sporo nieporozumień i każda z nich może zostać wykorzystana dla dobrego, jak i dla złego. Pozwolę sobie tutaj jednak na stwierdzenie, że systemowy potencjał do nadużyć w psychiatrii jest znacznie większy, niż w psychoterapii.
Psychiatria od dawna była wykorzystywana jako narzędzie systemu do “radzenia sobie” z dysydentami. Trzeba przyznać, że pomysł, aby nie tylko odizolować takiego klienta od społeczeństwa, ale jeszcze poprzez wymyślne tortury i chemikalia doprowadzić go do takiego stanu, w którym nie będzie w stanie swoich zaraźliwych idei przekazać innym, jest wysoce perfidny, ponieważ ubezwłasnowolnienie następuje pod pretekstem konieczności medycznej i często z pominięciem odpowiedniej procedury prawnej.
Wszystkim polecam obejrzenie klasyki filmu “Lot nad kukułczym gniazdem” z Jackiem Nicholsonem. A jeśli ktoś woli coś bardziej rzeczywistego, to w 2006 roku w Wielkiej Brytanii założono organizację “Fixated Threat Assessment Centre”, która może zatrzymać kogokolwiek, kiedykolwiek, pod pretekstem, że dana osoba może stanowić zagrożenie dla siebie samej lub innych: Fixated Threat Assessment Centre. Nieśmiertelny Wujaszek Stalin celował w usuwaniu w ten sposób dysydentów, kiedy nie był w stanie znaleźć odpowiedniego paragrafu. Wujaszek Putin wrócił ostatnio do tego procederu: Putin rival held in psychiatric ward ‘to prevent him protesting against government’, Chiny poszły za tym jakże wspaniałym przykładem dawno temu: Psychiatric Hospitals for Chinese Dissidents. Ostatnie doniesienia na temat psychologów albo psychiatrów monitorujących stan więźniów w Abu Graib oraz Guantanamo oraz sugerujących stosowanie “odpowiednich środków” sugeruje, że Wujek Sam wcale nie jest lepszy.
Główny problem psychiatrii, podobnie jak i wczesnych modeli psychologicznych oraz psychoterapeutycznych polega na tym, że wszystkie odstępstwa od tego, co w Zachodnim społeczeństwie post-oświeceniowym postrzegane było jako “norma”, automatycznie oznaczały patologię, niezależnie od tego, czy mieliśmy do czynienia z faktycznymi uszkodzeniami mózgu, czy też z autentycznymi przeżyciami mistycznymi. Dla obserwującego to psychiatry halucynacje wywołane przez uszkodzony ośrodek wzroku były tożsame z wizjami uzyskanymi w trakcie medytacji lub innych odmiennych stanów świadomości, ponieważ z zewnątrz nie było widać różnicy (w podobną pułapkę wpadła wczesna antropologia, określając transy szamanów jako ataki epilepsji). Osobiste doświadczenie “pacjenta” nie miało prawie żadnego znaczenia. Liczyła się tylko jego interpretacja przez “eksperta” albo “autorytet”. Materialistyczna, oświeceniowa wizja rzeczywistości wywarła ogromny wpływ na to, w jaki sposób traktowano takie “odchylenia od normy”. Dodatkowo fakt, że również wszelkiego rodzaju odstępstwa od konsensusu co do tego, jaka jest rzeczywistość (czyli np. nieuznawanie tego, co jest podawane w mediach jako “prawda”), mogły być kwalifikowane jako “choroby psychiczne”, omamy, schorzenia paranoidalne, czynił z psychiatrii idealne narzędzie represji, dając jednocześnie tego rodzaju działaniom “naukowe” uzasadnienie.
Tematem eksperymentów na ludziach i zwierzętach nie będę się tutaj zajmował, ponieważ zasługuje on na osobny wpis albo nawet i całą ich serię.
W obecnej chwili psychiatria jest “oczkiem w głowie” koncernów farmaceutycznych, ponieważ sprzedaż różnego rodzaju “leków” psychotropowych stanowi – po szczepionkach – chyba najbardziej dochodowy biznes tychże firm. Żeby się dowiedzieć więcej, polecam albo obejrzeć wywiad z Gwen Olsen, albo przeczytać jej książkę “Confessions Of RX Drug Pusher”. Jednym z najbardziej ponurych – i rozgrywających się obecnie – rozdziałów jest masowe podawanie psychotropów dzieciom w sierocińcach albo rodzinach zastępczych w USA, ponieważ za każde dziecko wymagające specjalnej terapii dostaje się tam dofinansowanie: Investigation Into Drugging of Foster Children.
Owocem mariażu psychiatrii i koncernów jest rozrastająca się w szwach “biblia” psychiatrii, mianowicie wytyczne diagnostyczne DSM, które umożliwiają zdiagnozowanie wszelkiego rodzaju “patologii” i przepisanie odpowiedniej terapii (najczęściej leków, ale może też np. elektrowstrząsów albo innych średniowiecznych metod tortur). Okazuje się, że wg badania Uniwersytetu Tufts ponad połowa autorów obecnie funkcjonującej czwartej wersji DSM ma powiązania z kartelami: Tufts University study shows more than half of psychiatric DSM-IV authors have financial links to Big Pharma. W związku z tym doczekaliśmy się bardzo szerokich definicji tego, czym jest ADD oraz ADHD (obecnie w USA dojna krowa dla koncernów) oraz szeregu nowych dziwnych “chorób” takich jak “social anxiety disorder” (po ludzku mówimy na to wstydliwość). A wszystko po to, aby psychiatrzy mogli uzasadnić swoje istnienie oraz sięgać po kolejne granty od państwa oraz od koncernów.
To powiedziawszy, chciałem też zaznaczyć, że praca z osobami autentycznie cierpiącymi na zaburzenia nie jest łatwa i wymaga wiele cierpliwości i współczucia. Nie jestem przekonany, czy odizolowywanie ich i trzymanie na siłę w oddzieleniu od społeczeństwa faktycznie w jakikolwiek rozwiązuje problem – warto tutaj zapoznać się z ruchem anty-psychiatrii oraz osobą R.D. Lainga – tym niemniej oddaję szacunek tym, którzy faktycznie troszczą się o ciężko chorych i przebywających w ekstremalnych stanach świadomości.
Dzięki psychiatrii mogę też dzielnie odcinać się od różnego rodzaju psycho- i socjopatów rządzących tym światem i prowadzących swoje zakulisowe gierki. Gdyby jej nie było, jedyne co mógłbym zrobić to powiedzieć o nich po prostu “źli ludzie”. A tak, mogę użyć mądrego naukowego terminu i uciec przed ocenianiem ich czynów oraz mojego do nich stosunku.
W kontraście do psychiatrii stoi psychoterapia, a szczególnie jej nowsze systemy, które opierają się na założeniu, że to co się wydarza w wewnętrznym świecie klienta jest przez niego odbierane jako prawdziwe i w trakcie terapii tak właśnie powinno zostać potraktowane. Nad tym jak to działa i dlaczego działa napiszę kiedy indziej. Teraz wystarczy wspomnieć, że celem terapeuty nie powinno być naginanie osoby do jakiegokolwiek schematu, czy normy, ale wspieranie rozwoju osobistego poprzez wskazywanie rozwiązań lub doprowadzenie klienta do odnalezienia tego rozwiązania samemu. Moje doświadczenie jest takie, że jakakolwiek długotrwała zmiana zawsze wynika tylko i wyłącznie z wewnętrznej przemiany u klienta. Najlepsze, co może zrobić terapeuta, to nie przeszkadzać mu we własnym rozwoju i jedynie próbować kierować uwagę (świadomość) na to, co się próbuje wydarzyć, albo gdzie jest najwięcej emocji, zamieszania, ale też entuzjazmu (w skrócie: energii). Terapeuta pełni rolę osoby zachęcającej do eksploracji granic naszej osobowości i umysłu. Terapeuta idealny jest dla swojego klienta jedynie lustrem odbijającym jego własne problemy.
Tutaj pozwolę sobie na kontrowersyjne stwierdzenie, że psychedeliki, nazywane też enteogenami, również mogą stanowić źródło tej wewnętrznej przemiany, mogą zapewnić doświadczenie, które pozwoli na uzyskanie fundamentalnego wglądu i w związku z tym wpłynie na zmianę świadomości oraz pozwoli wypłynąć na szersze wody. Osoby szerzej zainteresowane tematem odsyłam do wcześniejszego wpisu: A teraz zupełnie z innej (?) beczki.
Tutaj o psychologii jako takiej rozpisywać się nie będę. Chciałem jedynie zaznaczyć, że sama z siebie nie należy ona ani do jednej, ani do drugiej grupy.
Główna obawa przed wszystkimi trzema dyscyplinami leży w moim odczuciu w strachu przed byciem zmanipulowanym. I jest to słuszna obawa, szczególnie w wypadku psychiatrii (gdzie “lekarz” stoi z zewnątrz i nie interesuje go specjalnie wewnętrzny świat “pacjenta”). Trochę mniej w przypadku psychologii (tutaj raczej powinniśmy powiedzieć o “obserwatorze”, który przygląda się “obiektowi”) i psychoterapii (tutaj “terapeuta” przede wszystkim stara się umożliwić działanie “klientowi”). Każda z tych dyscyplin dotyczy pracy z tym, co jest dla nas najbardziej intymne – uczuciami, strachami, przyzwyczajeniami, zranieniami. Aby taka praca była konstruktywna i mogła mieć rzeczywiście miejsce, potrzeba zabezpieczyć podstawową potrzebę ludzką – bezpieczeństwa i zaufania. Jeśli takie warunki zostaną zapewnione, wtedy psychoterapia faktycznie może nam pomóc w uporaniu się z problemami, które wcześniej zdawały się nie do rozwiązania i naprostować nam życie.
Istnieje też drugi poważny strach – że obserwując nas ci ludzie w jakiś magiczny sposób są w stanie poznać nasze najskrytsze tajemnice. Nie jest to do końca prawda. Oczywiście, wytrenowany psychiatra, psycholog i psychoterapeuta zwraca uwagę na rzeczy, które sporej części osób umykają – dlatego też osobiście uważam, że trening percepcji powinien być w szkołach obowiązkowy – i dzięki temu w pewien sposób faktycznie wie więcej i widzi więcej, niż inni. Może łatwiej spostrzec, czy ktoś mówi prawdę, czy kłamie, oraz zauważyć próby manipulacji. Ale każdy z nich jest też człowiekiem i ma swoje ograniczenia, w tym też ograniczenia modelu świadomości, na jakim operuje.
Na sam koniec tego wpisu chciałem jeszcze dodać, że podobnie jak w wypadku każdej nauki, czy dyscypliny, uzurpowanie sobie monopolu przez którąkolwiek z nich, jest całkowicie nieuzasadnionym wyrazem arogancji i próbą przydania sobie większej ważności oraz zabezpieczenia rynku. Odbywa się to często pod pretekstem odpowiedzialności, jaka spoczywa na “lekarzach”, czy też “terapeutach” oraz chronienia “klientów” albo “pacjentów” przed nadużyciami. I może jest w tym trochę racji – ale tutaj wystarczyłaby zwykła certyfikacja przez konkretne szkoły. Nie należy od razu odbierać możliwości pomocy osobom niezrzeszonym w organizacji, do czego zmierza tworzenie kolejnych ustaw – o zawodzie psychologa oraz o zawodzie psychoterapeuty.
Dlaczego? Ponieważ pierwszą – i według niektórych jedyną – najważniejszą cechą terapeuty jest całkowita akceptacja dla doświadczenia klienta i zwyczajne ludzkie współczucie. Wszystko inne to swego rodzaju triki i pewne narzędzia wynikające z wyuczonego postrzegania pewnych konkretnych sygnałów oraz schematów myślowych. Owszem, wysoce skuteczne, ale do pełni potencjału wymagające właśnie tej “ludzkiej” postawy. A współczuciem i zrozumieniem w stosunku do drugiej osoby może wykazać się każdy z nas. I tego właśnie w obecnym świecie bardzo, bardzo potrzeba.














